Alaska - Patagonia

W maju 2022 poleciałem na Alaskę z zamiarem dotarcia do Patagonii. Zakładałem, że podróż zajmie mi około 12 miesięcy. Delikatnie niedoszacowałem — ostatecznie całość zajęła 3 lata.
Przejechałem łącznie 33 000 km przez 18 państw. Sześć miesięcy spędziłem w USA i Kanadzie, a całą resztę w krajach Ameryki Łacińskiej.



Plan od początku zakładał znajdowanie pracy na bieżąco podczas podróży. Najpierw pracowałem przy zbiorach owoców w Kanadzie, później wykonywałem różnego rodzaju prace ogrodowe i remontowe w USA. Następnie, już w Meksyku, spotkałem się ze znajomymi Meksykanami, których poznałem wcześniej podczas pracy w Kanadzie. Przyjęli mnie do siebie jak członka rodziny, pomogli znaleźć pracę w restauracji, a nawet pożyczyli mi skuter, żebym miał czym dojeżdżać.
Do tego momentu miałem już za sobą pierwsze poważniejsze trasy off-roadowe — około 1500 km BC Trail w Kanadzie oraz część Baja Divide na półwyspie Baja California.







Po zakończeniu pracy w stanie Jalisco ruszyłem na kolejną trasę — Trans Mexico Sur. To właśnie tam poznałem Zacha Braya, jedyną osobę, która była na tyle szalona, żeby zgodzić się przepłynąć ze mną kajakiem przez Darién Gap, z Panamy do Kolumbii.
W Salwadorze pracowałem na plantacji kawy za około dolara za godzinę. To tam podjąłem decyzję o pierwszym powrocie do Europy. Powód był prosty: stawki w Ameryce Centralnej były zbyt niskie, żeby realnie finansować dalszą podróż, a sezon deszczowy z każdym dniem nabierał na sile.
Za ostatnie pieniądze kupiłem bilet z Kostaryki do Londynu, gdzie przez trzy miesiące pracowałem, zbierając środki na dalszą drogę i jednocześnie przeczekując najgorszą część pory deszczowej.



Pierwszy etap podróży trwał dokładnie rok i miesiąc.
Podczas pobytu w Europie udało mi się również znaleźć kilku niewielkich sponsorów, którzy wsparli finansowo mój kolejny pomysł — przeprawę kajakiem z Panamy do Kolumbii.
Podróż przez Darién Gap trwała 40 dni. Pokonaliśmy około 420 km i, jak się później okazało, zostałem pierwszym Polakiem w historii, który dokonał takiej przeprawy, oraz jedną z nielicznych osób na świecie, które zdecydowały się na podobną podróż. Więcej o tym etapie możecie przeczytać po kliknięciu odpowiedniej sekcji na globusie.



Kolumbię przejechałem w około dwa miesiące. Przez trzy tygodnie towarzyszyła mi moja ówczesna dziewczyna, którą poznałem wcześniej w Gwatemali. Razem przejechaliśmy z Medellín do Bogoty, a później kontynuowałem już sam.

Skierowałem się do odizolowanego departamentu Meta — regionu, który przez wiele lat pozostawał poza typowym szlakiem turystycznym i był mocno związany z historią kolumbijskiego konfliktu oraz produkcją kokainy.
Off-roadowymi trasami zmapowanymi przez legendarnego Marka Watsona dotarłem do niewielkiej, odizolowanej miejscowości La Macarena, otoczonej jednymi z najpiękniejszych miejsc przyrodniczych, jakie widziałem w Kolumbii.
Stamtąd ruszyłem dalej w kierunku słynnej Trampolín de la Muerte — drogi, która przez lata uchodziła za jedną z najbardziej niebezpiecznych w kraju. Następnie skierowałem się już bezpośrednio w stronę granicy z Ekwadorem.
W Ekwadorze dołączył do mnie mój przyjaciel z Londynu, Reinaldo, który pochodzi właśnie stamtąd. Niedługo później zakończyłem drugi etap podróży, trwający około sześciu miesięcy, i z Quito ponownie wróciłem do Europy — po raz kolejny praktycznie za ostatnie pieniądze.


Po następnych trzech miesiącach pracy razem z Reyem wróciliśmy do Ekwadoru.
Przejechaliśmy znaczną część trasy Trans Ecuador, mijając wulkan Cotopaxi, a następnie najwyższą górę kraju — Chimborazo. Później zjechaliśmy z Andów i skierowaliśmy się w amazońską część Ekwadoru. Niedługo później byliśmy już przy granicy z Peru.







Dzień przed jej przekroczeniem poznaliśmy Kolumbijczyka o imieniu Angelo, który przez kolejne trzy tygodnie podróżował razem z nami.
Wspólnie popłynęliśmy w głąb Amazonii do Iquitos. Podróżowaliśmy przez trzy dni statkiem cargo, przemieszczając się po kolejnych amazońskich rzekach.
W Iquitos rozstałem się z Reyem po ponad półtora miesiąca wspólnej jazdy. On wrócił do Ekwadoru inną drogą rzeczną, a ja razem z Angelo ruszyłem z powrotem w kierunku Andów.




Po wielu dniach przeprawy przez ogromne góry dotarłem do Huaraz, które przywitało mnie praktycznie niekończącym się deszczem.



W końcu zdecydowałem, że mam go dość i zjechałem w stronę wybrzeża, gdzie klimat był kompletnie inny — pustynny, gorący i ekstremalnie suchy.
Przejechałem około 400 km wzdłuż wybrzeża aż do Limy. Stamtąd po raz ostatni wróciłem do Europy, tym razem na cztery miesiące, żeby przygotować się do finalnego etapu wyprawy.
Do Limy wróciłem w maju 2025 roku.

Słońcem nie nacieszyłem się jednak zbyt długo. Z poziomu morza, na którym leży Lima, w zaledwie osiem dni dotarłem na wysokość około 4800 metrów — wtedy najwyższą, na jakiej znalazłem się podczas całej podróży.
Przez kolejne miesiące praktycznie nie schodziłem poniżej 2800 metrów. Jechałem trasą Peru Divide aż do Huancaveliki.






Następnie mniejszymi asfaltowymi drogami dotarłem do Machu Picchu i chwilę później do Cusco.


Tam poznałem Japończyka Fujiego. Razem postanowiliśmy zmierzyć się z najtrudniejszą jak dotąd trasą całej wyprawy — Nevado Ausangate.
Jej pierwsze etapy były momentami właściwie nieprzejezdne. Całymi dniami pchaliśmy rowery pod górę, a w najtrudniejszych miejscach musieliśmy zdejmować sakwy i transportować osobno rower oraz cały ekwipunek.
Trzeciego dnia osiągnęliśmy najwyższy punkt przejechany przeze mnie podczas całej wyprawy — 5070 metrów.



Wkrótce potem zasypał nas gęsty śnieg, a ja, z moim dość ubogim wyposażeniem na takie warunki, kilka dni później wylądowałem w szpitalu pod kroplówką z ostrym zapaleniem płuc.

Przez trzy tygodnie nie byłem w stanie kontynuować podróży.
Ku mojemu zdziwieniu okazało się jednak, że najtrudniejsza część wyprawy była już za mną. Zaczynało się Altiplano — ogromny wysokogórski płaskowyż. Nadal znajdowałem się bardzo wysoko, ale po miesiącach nieustannego wspinania w końcu było… PŁASKO.
Dość szybko dotarłem nad jezioro Titicaca, a kilka dni później przekroczyłem granicę z Boliwią.
Po dotarciu do La Paz, zainspirowany rowerzystą-alpinistą poznanym chwilę wcześniej, postanowiłem wejść na swój pierwszy sześciotysięcznik — Huayna Potosí.

Było to jedno z najpiękniejszych doświadczeń całej podróży. Co ciekawe, po miesiącach pedałowania z ciężkim rowerem na niewiele niższych wysokościach samo wejście okazało się dla mnie zaskakująco łatwe. Wtedy po raz pierwszy naprawdę złapałem zajawkę na zdobywanie wysokich gór.


Po kilku tygodniach regeneracji w La Paz ruszyłem w stronę Salar de Uyuni — największego solniska świata. Zmodyfikowałem jednak trasę tak, żeby przejechać również przez jego mniejszego sąsiada, Salar de Coipasa.
Paradoksalnie to właśnie Coipasa okazała się trudniejsza. Duża ilość wody na powierzchni sprawiła, że przejazd był znacznie bardziej wymagający, niż się spodziewałem.




Po przejechaniu solnisk planowałem dostać się do Chile bardzo wymagającą trasą znaną w środowisku rowerowym jako Lagunas.
W dniu wyjazdu wydarzył się jednak mały wypadek. Uciekając przed rozwścieczonym psem, wjechałem w tył zaparkowanej ciężarówki. Mocno się poobijałem, a w rowerze pękł freehub. Zdobycie odpowiedniej części w tamtych warunkach zajęło około tygodnia.
Po wszystkim straciłem resztki motywacji do mierzenia się z kolejną ekstremalną trasą i zdecydowałem się pojechać asfaltową drogą bezpośrednio w kierunku Argentyny.
To właśnie tam w końcu zjechałem z Altiplano.
Po raz pierwszy od kilku miesięcy zobaczyłem drzewa i poczułem pierwsze cieplejsze dni argentyńskiej wiosny. Po miesiącach na pustym, zimnym płaskowyżu było to prawdziwe odrodzenie.
Oczywiście szybko pojawił się kolejny problem — wiatr. Momentami był tak silny, że dalsza jazda stawała się praktycznie niemożliwa.



Jakimś sposobem udało mi się jednak dotrzeć do Chile, a następnie do Santiago, gdzie przez prawie miesiąc pracowałem jako wolontariusz w hostelu.

Tam dołączył do mnie Marcin, mój przyjaciel z Wrocławia. Razem ruszyliśmy na południe, w kierunku Patagonii. Święta Bożego Narodzenia spędziliśmy w El Calafate, a po naszym rozstaniu przez kolejny miesiąc pracowałem jako ranger w parku narodowym w Chile. Tam też spędziłem Sylwestra 2026.





Ostatnia część Patagonii przyniosła jednak jeden z najpoważniejszych problemów całej wyprawy — kontuzję kolana.
Na około miesiąc całkowicie wyłączyła mnie z jazdy i zmusiła do znalezienia kolejnej pracy, tym razem w hotelu w Puerto Natales.
Nawet po miesiącu nie byłem w stanie wrócić na rower. Ostatecznie do mojej finalnej destynacji — Ushuaia — dotarłem autostopem.

Nie był to jednak jeszcze koniec podróży.
Dostałem propozycję przepłynięcia jachtem z Falklandów do Brazylii. Rejs trwał około dwóch tygodni i był kolejnym zupełnie nowym doświadczeniem.
Po dotarciu do Brazylii wróciłem jeszcze na rower i przejechałem kolejne około 2000 kilometrów.


I dopiero wtedy ta podróż naprawdę dobiegła końca.
To oczywiście mocno skrócona wersja całej historii. Nie ma tutaj większości ludzi, których spotkałem po drodze, wielu absurdalnych sytuacji, problemów, miejsc, w których spałem, rzeczy, które poszły kompletnie niezgodnie z planem, ani historii, które najbardziej utkwiły mi w pamięci.
O nich będę opowiadał znacznie dokładniej na moim blogu na Patreonie, gdzie będę stopniowo publikował kolejne historie z poszczególnych etapów tej wyprawy.
Jeśli chcecie poznać tę podróż trochę głębiej niż tylko przez linię narysowaną na mapie — serdecznie zapraszam.







