Polska - Włochy

Katedra Santa Maria del Fiore we Florencji.

Na pierwszą podróż rodzice nie chcieli puścić mnie samego. Miałem wtedy 16 lat i legalnie nie mogłem wyjechać bez ich zgody. Znalazłem więc kompana — Marcina, kolegę ze szkoły, który miał już 18 lat. Znaliśmy się wtedy stosunkowo krótko, ale szybko okazało się, że podobnie jak ja ma w sobie chęć do niekonwencjonalnych podróży. Sam pomysł na wyjazd powstał gdzieś we wrocławskim tramwaju.

Kacper i Marcin w aucie, z kartonem na stopa.
Z Marcinem, na pierwszym stopie.

Pierwszego stopa złapaliśmy do Ząbkowic Śląskich, a stamtąd do Kłodzka. Z tamtąd udało nam się dostać już bezpośrednio pod czeską granicę, gdzie celebrowaliśmy opuszczenie kraju piwem Litovel Černý Citron, które do dzisiaj jest jednym z moich ulubionych piw — kojarzy mi się z wolnością.

Litovel w aucie, z mapą na kolanach.
Marcin pisze karton do Brna.
Litovel i karton do Brna.

Z granicy dostaliśmy się do Brna ze specjalistą od czeskiego piwa, który w trakcie drogi opowiadał nam o lokalnych browarach. Na koniec podarował nam nawet swoją książkę związaną z tematem.

Z Brna próbowaliśmy łapać stopa do Wiednia już pod osłoną nocy, jednak ostatecznie rozbiliśmy namiot gdzieś w pobliżu autostrady. Następnego dnia bez większych problemów dostaliśmy się do stolicy Austrii z kierowcą tira.

Rozbijanie namiotu w polu w nocy.
Jedzenie przy kartonie Vienna, przy autostradzie.
Noc przed Wiedniem.

Na miejscu przyjęła nas moja rodzina, która poleciła nam kolejne miejsca w Austrii warte odwiedzenia. Ruszyliśmy więc do Salzburga, a następnie nad piękne jezioro Attersee. Później udało nam się dostać nad kolejne jezioro w okolicach Grazu.

Karton Bitte Salzburg.
Stop z kartonem do Laakirchen.
Austria: Salzburg, Laakirchen, Attersee.
Jezioro Attersee w słoneczny dzień.
Attersee.

Tam skończyła się nasza przygoda z Austrią. Kolejnym przystankiem była stolica Słowenii — Lublana. Stamtąd już niewielki dystans dzielił nas od wymarzonych Włoch.

Zielony namiot w górskiej dolinie.
Namiot w dolinie.

Po paru godzinach nieskutecznego stopowania w deszczu ktoś w końcu się nad nami zlitował i zawiózł nas do Triestu. Tam przespaliśmy się na hotelowych leżakach na plaży, a następnego dnia zniechęceni długim czekaniem na stopa wskoczyliśmy do pociągu bez biletu, który zawiózł nas do Wenecji.

Karton VENICE Bitte Prego przy drodze.
Karton do Wenecji.

Po eksploracji miasta na wodzie uznaliśmy, że jazda pociągiem bez biletu nie jest taka trudna, więc w ten sam sposób dostaliśmy się do Padwy. Stamtąd udało nam się złapać kolejnego stopa do Bolonii.

Bardzo spodobało nam się to miasto pełne arkad, pięknej architektury i, co najważniejsze z naszym skromnym budżetem - pizzy w przystępnych cenach. Trafiliśmy nawet na koncert jazzowy w zamku w centrum miasta, gdzie poznaliśmy perkusistę zespołu.

Jedna z najbardziej absurdalnych historii tej podróży wydarzyła się jednak podczas naszego powrotu do namiotu. Rozbiliśmy go wcześniej w krzakach przy autostradzie, żeby nie musieć nosić ze sobą rzeczy. Problem w tym, że idąc do miasta nikt nie martwił się zapamiętywaniem drogi.

Zgubiliśmy się tak bardzo, że droga powrotna zajęła nam dobre pięć godzin, a na miejsce dotarliśmy dopiero o wschodzie słońca. Zmusiło nas to do zrobienia dodatkowego dnia odpoczynku, podczas którego Marcina niemal żywcem zjadły komary.

Następnego poranka zebraliśmy rzeczy i ruszyliśmy dalej. Złapaliśmy stopa do Florencji, gdzie zobaczyliśmy słynną kopułę katedry Santa Maria del Fiore zaprojektowaną przez Brunelleschiego. Zjedliśmy też zdecydowanie za drogi jak na nasz budżet makaron z burratą, a następnie kolejnym pociągiem bez biletu dostaliśmy się do Livorno — naszej finalnej destynacji.

Karton FIRENZE PREGO w kabinie.
Przy Dawidzie, Piazza della Signoria.
Florencja.
Kacper i Marcin przy Ponte Vecchio.
Ponte Vecchio.

Tam czekali na nas dziadkowie Luki, mojego przyjaciela z Wrocławia — pół Polaka, pół Włocha. Dziadkowie mówili tylko po włosku, ale pięknie nas ugościli. Nigdy nie zapomnę pysznego espresso z dużą ilością cukru, do którego nostalgicznie wracam okazjonalnie do dzisiaj.

Kacper i Marcin nad morzem w Livorno.
Livorno.

W Livorno pojawił się jednak zasadniczy problem — skończyły nam się pieniądze.

Postanowiliśmy wykorzystać wcześniej nabyty skill, czyli jazdę pociągami bez biletu.

Najpierw wróciliśmy do znanej nam już Bolonii a tam szukaliśmy pociągu, który zawiózłby nas jak najbliżej Polski. Najlepszym wyborem okazało się Monachium.

Czekała nas około ośmiogodzinna podróż oraz kontrole policji na granicy. Ominęliśmy je w dość nietuzinkowy sposób — zamykając się we dwóch w toalecie.

Kiedy policja zapukała do drzwi, Marcin ściągnął spodnie i usiadł na toalecie, a ja, wciągając brzuch, ustawiłem się za drzwiami, zastawiony plecakami tak, żeby wchodzący policjant nie mógł mnie zauważyć.

Nie wiem, jakim cudem, ale nam się upiekło, dojechaliśmy do Monachium.

Stamtąd udało nam się zamówić BlaBlaCara do Pragi. Kierowcą okazał się surfer. Zaoferowaliśmy mu resztki drobnych, które mieliśmy jeszcze na jedzenie, ale ten dobrodusznik nie tylko nie wziął od nas pieniędzy, ale jeszcze sam dał nam trochę gotówki na dalszą drogę.

W Pradze, prawdopodobnie ze zmęczenia, doszło między mną a Marcinem do małego starcia dotyczącego miejsca, w którym powinniśmy łapać stopa do Polski.

Ostatecznie rozstaliśmy się i do Wrocławia wróciliśmy już osobno.

Tak wyglądała moja pierwsza, niezdarna podróż autostopem. Całość trwała około 3 tygodni i była mieszanką spontanicznych decyzji, błędów, szczęścia.

Co ciekawe, dokładnie 10 lat później Marcin przyleciał do Santiago de Chile, żeby przejechać ze mną ostatni etap mojej rowerowej podróży z Alaski do Argentyny.