Europa - Maroko

Nadszedł rok 2019. Miałem 18 lat i właśnie skończyłem liceum, więc po latach mówienia o wielkiej podróży w końcu mogłem przejść do działania. Nadal nie byłem mistrzem oszczędzania, dlatego na kolejną wyprawę miałem mniej niż 500 euro. Plany były jednak ogromne — chciałem przejechać autostopem dookoła świata.

Wyjechałem z zamiarem dotarcia do Gibraltaru i złapania tam jachtostopu na drugą stronę Atlantyku. Początek był obiecujący, bo pierwszy stop, którego złapałem we Wrocławiu, zabrał mnie aż do Szwajcarskiej Genewy. W parku nad Jeziorem Genewskim spędziłem swoją pierwszą samotną noc w namiocie.
Byłem wtedy kompletnie niedoświadczony w podróżowaniu solo i nigdy nie zapomnę tej nocy. Każdy, nawet najdrobniejszy dźwięk dochodzący z ciemności tworzył w mojej głowie najmroczniejsze scenariusze. Nie pospałem za dużo, ale następnego dnia ruszyłem dalej.

Jeszcze tego samego dnia znalazłem się we Francji, gdzie kultura autostopowa jest naprawdę mocno rozwinięta. Dojechałem do Lyonu, a stamtąd dość szybko zgarnął mnie starszy Niemiec jadący na wakacje do Montpellier.
Byłem niedoświadczony, ale intuicja mnie nie zawiodła. W pewnym momencie zjechaliśmy z autostrady, a ja po szybkiej analizie mapy zdałem sobie sprawę, że jedziemy w kierunku przeciwnym do Montpellier. Serce podjechało mi do gardła, jednak zachowałem spokój i kulturalnie poinformowałem kierowcę, że chyba pomylił drogę. Próbował przekonać mnie, że jedziemy właściwą trasą, więc włączyłem nawigację i podsunąłem mu telefon. Wyraźnie zmieszany zawrócił i po pewnym czasie zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej.
Powiedział, że jest zmęczony i chce odpocząć, a do Montpellier ruszyć dopiero następnego dnia. Zaproponował, żebyśmy rozbili namiot i spali razem, po czym mielibyśmy wyjechać o świcie. Odpowiedziałem, że zależy mi na czasie, wysiadłem i zacząłem łapać kolejnego stopa.
Niestety nie zapowiadało się, żeby ktokolwiek miał się zatrzymać. Słońce powoli zachodziło, a kiedy mężczyzna tylko stracił mnie z oczu, chwyciłem plecak i pobiegłem głęboko do pobliskiego lasu. Tam spędziłem noc.
Kolejnego dnia zgarnęły mnie młode Francuzki, które wysadziły mnie w miejscu fatalnym do dalszego stopowania. Musiałem przejść około 15 kilometrów, zanim znalazłem się w dogodnej lokalizacji, ale wieczorem udało mi się dotrzeć do Montpellier.
Stamtąd misja była prosta — Barcelona. Czekałem przy bramkach autostradowych razem z wieloma innymi autostopowiczami. Po około dwóch godzinach przyszła kolej na mnie i niedługo później byłem już w stolicy Katalonii.
Barcelona od razu zrobiła na mnie dobre wrażenie, dlatego postanowiłem zatrzymać się tam na chwilę i pozwiedzać. Znalazłem miejsce, w którym za niewielką opłatą mogłem zostawić plecak, a następnie wynająłem rower na cały dzień.
Podczas zwiedzania miasta usłyszałem ciekawie brzmiącą muzykę dobiegającą spod Arc de Triomf. Pod słynnym łukiem grało trzech mężczyzn na nieznanych mi wtedy instrumentach. Naprzeciwko nich siedziała dziewczyna, która rysowała całą scenę. Nie mogłem się powstrzymać i po kilku minutach zbierania odwagi podszedłem do niej, żeby zapytać, jak ma na imię.
L. okazała się niezwykle ciepłą osobą, a do tego znała grających muzyków. Kiedy skończyli występ, udaliśmy się razem do pobliskiego parku, gdzie mieliśmy okazję trochę lepiej się poznać. Okazało się, że cała ekipa mieszkała w squatach w okolicach Barcelony.
Jeden z gitarzystów, Argentyńczyk o imieniu Franco, zaproponował, żebym pojechał z nimi i odpoczął. Podekscytowany zgodziłem się bez większego zastanowienia. Chwilę później siedzieliśmy już w rozpadającym się samochodzie, który z uporem maniaka, wydając z siebie całą gamę niepokojących dźwięków i gasnąc co kilka minut, w końcu wjechał na szczyt Tibidabo.
Znajdował się tam główny squat całej społeczności — „El Experimental”. Było to przepiękne miejsce i myślę, że wiele osób zdziwiłoby się, widząc, jak zadbany i pełen prawdziwych artystów oraz ludzi z pasją może być squat.
El Experimental mieścił się w starej katalońskiej willi. Znoszono do niej najpiękniejsze stare meble, żyrandole i inne przedmioty wyrzucane na ulice przez mieszkańców miasta. Niemal wszystkie ściany pokrywały malowidła wykonane przez mieszkających tam artystów. Całe miejsce było ogromne, a na jego szczycie znajdowała się wieża z widokiem na Barcelonę i Morze Śródziemne.

Następnego dnia, ze względu na dużą liczbę mieszkańców, zostałem przeniesiony do pobliskiego squatu o nazwie „Casa Rosa”. Był to dawny dom publiczny przekształcony w niezwykle przytulne miejsce do życia. W ogrodzie znajdował się nawet duży basen wkopany w ziemię, a dookoła rosły warzywa, owoce i zioła.


Po kilku dniach zostałem zaakceptowany jako nowy członek społeczności i dostałem zielone światło na urządzenie własnego pokoju w bibliotece. Ostatecznie spędziłem tam ponad miesiąc.
Umiejętności, które wtedy zdobyłem, niezwykle pomogły mi w dalszej części podróży. Nauczyłem się robić bransoletki, żonglować, znajdować dobre jedzenie wyrzucane przez piekarnie, restauracje i supermarkety oraz poznałem podstawy języka hiszpańskiego. Jestem przekonany, że bez tych wszystkich umiejętności moja podróż trwałaby znacznie krócej.
Do dzisiaj noszę na szyi naszyjnik z kamieniem pochodzącym z El Experimental. Zrobił go Brazylijczyk Tomas podczas naszych wspólnych lekcji plecenia.
Po ponad miesiącu poczułem, że nadszedł czas, aby ruszyć dalej. Hiszpania nie jest łatwym krajem do podróżowania autostopem i po całym dniu prób dopiero przed zachodem słońca ktoś zabrał mnie do Alicante.
Następnego dnia z drogi zgarnął mnie motocyklista. Najpierw zabrał mnie na pobliskie gorące źródła, a później podrzucił na autostradę prowadzącą w kierunku Malagi. Stamtąd trafiłem do pracowniczego busa pełnego imigrantów. Zawieźli mnie do miasteczka, w którym nie czułem się zbyt bezpiecznie, dlatego zdecydowałem się dojechać do Malagi autobusem i jak najszybciej opuścić to miejsce.

Do miasta dotarłem około czwartej nad ranem, kompletnie wykończony. Poszedłem prosto na plażę, żeby kontynuować spanie. Po południu dostałem się do Marbelli, a stamtąd do La Línea de la Concepción — miasta bezpośrednio graniczącego z Gibraltarem.
Przeszedłem na brytyjską część półwyspu i udałem się do baru z nadzieją, że kogoś tam poznam. Po wspaniałym czasie spędzonym w barcelońskich squatach znowu zaczęło brakować mi towarzystwa.
Ku mojemu zdziwieniu barman, który mnie obsługiwał, pochodził z Wrocławia. Zaproponował mi nocleg w swoim mieszkaniu. Później okazało się że, był poszukiwany w Polsce listem gończym, chociaż nigdy nie powiedział mi za co. Poza pracą w barze dorabiał, pomagając lokalnym organizacjom przestępczym przy przemycie haszyszu z pobliskiego Maroka.
Nie wchodząc w szczegóły, po dwóch lub trzech nocach uznałem, że wolę spać na ulicy, niż przebywać z osobą prowadzącą tak ryzykowne życie. Po prostu nie czułem się tam bezpiecznie.
Życie na ulicach Gibraltaru nie było łatwe. Prawie każdej nocy budziła mnie policja i informowała, że kolejne znalezione przeze mnie miejsce nie jest legalnym miejscem do rozbijania namiotu. Byłem coraz bardziej zmęczony, ale nie zamierzałem się poddawać. Codziennie chodziłem do mariny z wydrukowanymi ogłoszeniami o poszukiwaniu jachtostopu.

Pewnego dnia znalazłem plażę po drugiej stronie półwyspu, na którą policja najwyraźniej się nie zapuszczała. Mieszkałem tam przez dobre dwa tygodnie. W tym czasie poznawałem kolejnych kapitanów i zdobywałem coraz więcej cennych informacji.
Dowiedziałem się między innymi o żeglarzu z Izraela, który planował samotny rejs i być może potrzebował załogi na trasę prowadzącą na Wyspy Kanaryjskie. Zdobyłem do niego kontakt i wysłałem wiadomość.
W międzyczasie na mojej plaży pojawiło się kilku chłopaków z wielkimi plecakami. Okazało się, że również są Polakami. Podczas jednej z imprez na Woodstocku wymyślili, że pojadą autostopem na Wyspy Kanaryjskie i jeszcze w festiwalowym nastroju faktycznie ruszyli w drogę.
Stworzyliśmy wspólny obóz. Znaleźliśmy kilka pustych baniaków, które zaczęły służyć nam za prowizoryczną perkusję. Z pomocą gitary i cajónu należącego do chłopaków graliśmy prostą muzykę na ulicach Gibraltaru, zbierając pieniądze na dalszą podróż.


W tym czasie dostałem pozytywną odpowiedź od żeglarza z Izraela. Niedługo później mieszkałem już na jego jachcie i czekałem na rozpoczęcie naszego rejsu.

Niestety po kilku dniach w marinie mężczyzna mocno zaangażował się w romantyczną relację z pewną Amerykanką. Po kilku niezręcznych nocach, podczas których czułem się jak trzecie koło u wozu, poinformował mnie, że zmienił plany i w najbliższym czasie nie zamierza wypływać na Wyspy Kanaryjskie.
Byłem sfrustrowany. Kilka dni później, za pieniądze zebrane dzięki graniu na ulicy i sprzedawaniu bransoletek, spontanicznie kupiłem bilet na prom do Maroka. Nie miałem pojęcia, co mnie tam czeka.
Podczas wszystkich moich podróży tylko dwa razy przekroczenie granicy było dla mnie aż tak intensywnym doświadczeniem: pomiędzy USA a Meksykiem oraz właśnie wtedy, podczas podróży z Hiszpanii do Maroka.
Po zejściu z promu natychmiast dotarło do mnie, że znalazłem się w Afryce. Setki handlarzy, taksówkarzy i ludzi oferujących wymianę pieniędzy ruszyło w moją stronę. Wszyscy przekrzykiwali się nawzajem, proponując najróżniejsze usługi mieszanką angielskiego i arabskiego.
Uciekłem w wąskie uliczki Tangeru. W końcu udało mi się rozmienić ostatnie 20 euro, które miałem przy sobie. Po kilku godzinach błądzenia zobaczyłem w tłumie jedyną osobę o jaśniejszej skórze, również niosącą ogromny plecak. Poszedłem prosto w jego stronę. Chłopak wyglądał na równie zagubionego jak ja.
W pewnym momencie podszedł do nas Marokańczyk, któremu dobrze patrzyło z oczu. Powiedział, że powinniśmy jak najszybciej wydostać się z Tangeru i pojechać do Chefchaouen. Zaprowadził nas na dworzec autobusowy, gdzie za grosze kupiliśmy bilety. Sam wyjazd z dworca zajął nam prawie godzinę ze względu na chaos na drogach.
Dopiero w autobusie mieliśmy chwilę, żeby się sobie przedstawić. Moim nowym kompanem okazał się Turek o imieniu Ali. Jego obecność była bardzo pomocna, ponieważ znał podstawy arabskiego i był lepiej oswojony z kulturą muzułmańską.
Po kilku godzinach jazdy autobus zatrzymał się na stacji benzynowej. Kierowca poinformował nas, że jesteśmy jedynymi pasażerami jadącymi do Chefchaouen i nie opłaca mu się zjeżdżać z trasy tylko dla nas. Zapewnił, że ze stacji bez problemu złapiemy taksówkę.
Wysiedliśmy, ale poza mężczyzną grillującym owcę przed budynkiem nie widzieliśmy tam żywej duszy. Zmęczeni schowaliśmy się za pobliskim meczetem i poszliśmy spać.
Następnego ranka parking rzeczywiście był pełen taksówek. Po kilkunastu minutach negocjacji ruszyliśmy w kierunku Chefchaouen, które — jak się szybko okazało — nie bez powodu nazywane jest Niebieskim Miastem. Miejscowi powiedzieli nam, że niebieski kolor odstrasza komary i właśnie dlatego budynki maluje się tam w ten sposób.

Miasteczko było naprawdę urokliwe i znacznie spokojniejsze niż Tanger. Wieczorem poznaliśmy dwóch Włochów, którzy już od dłuższego czasu podróżowali po Maroku. Zaprosili nas na wspólne palenie, co — jak miałem się później przekonać — było w tym kraju dość powszechnym gestem gościnności.
Ze względu na religię wielu Marokańczyków nie pije alkoholu, za to nieoficjalnym produktem narodowym kraju jest haszysz. Włosi powiedzieli nam, że koniecznie powinniśmy odwiedzić region Ketamy, gdzie znajdują się największe farmy w kraju.
Nie zastanawialiśmy się długo. Następnego dnia byliśmy już w drodze.
Łapanie stopa w Maroku okazało się dziecinnie proste. Zatrzymywał się niemal każdy samochód, oferując podwózkę nawet o kilka kilometrów. Jeszcze tego samego dnia, w bardzo dobrych nastrojach, dotarliśmy do regionu Ketamy.
Wielu z naszych kierowców proponowało nam produkty ze swoich farm i zapraszało do domów. Kiedy zaczął zapadać zmrok, zatrzymał się starszy właściciel jednej z nich. Przyjęliśmy jego zaproszenie.
Zaprowadził nas do pokoju gościnnego z osobnym wejściem niż reszta domu, co jest dość typowym rozwiązaniem w krajach arabskich. Kilka stuknięć w ścianę przez starca wysyłało czytelny sygnał do jego młodego syna, który co chwilę przynosił nam marokańską herbatę miętową z ogromną ilością cukru, jedzenie oraz oczywiście to, z czego region słynie najbardziej.
Następnego ranka obudziliśmy się na plastikowych krzesłach stojących w ogrodzie przed naszym pokojem.


Z Ketamy ruszyliśmy do Fezu. To niezwykłe miasto, którego historyczne centrum tworzy jeden z największych na świecie obszarów miejskich wolnych od ruchu samochodowego. Wąskie uliczki zostały zaprojektowane wyłącznie z myślą o pieszych, a ich ciągnący się kilometrami labirynt tworzy niesamowity klimat.

Kolejnego ranka obudziłem się w jednym z tanich hosteli i zdałem sobie sprawę, że Ali zniknął. Udało mi się z nim skontaktować. Okazało się, że poznał dziewczynę i pojechał z nią autostopem do Rabatu.
Delikatnie wkurzony zebrałem swoje rzeczy i dość szybko złapałem stopa do stolicy kraju. Historia skończyła się jednak pozytywnie, ponieważ dziewczyna miała w Rabacie wielu znajomych. Jeden z nich zaproponował nam nocleg i ostatecznie spędziliśmy tam naprawdę dobry czas.
Z Rabatu pojechaliśmy do Casablanki, a niedługo później znaleźliśmy się w Marrakeszu. Tam rozstałem się z Alim. Ja ruszyłem w kierunku Agadiru, wciąż wierząc, że może właśnie tam uda mi się znaleźć jacht płynący na Wyspy Kanaryjskie.


Szybko zrozumiałem jednak, że znalezienie marokańskiej załogi, która mogłaby legalnie popłynąć w stronę Hiszpanii, będzie praktycznie niemożliwe. Podjąłem więc decyzję o powrocie do Europy.
Nie wchodząc w szczegóły mocno chaotycznej drogi powrotnej, ostatecznie udało mi się dostać do hiszpańskiej Tarify. Okazało się, że grupa Polaków, z którymi wcześniej grałem muzykę na Gibraltarze, nadal przebywała w okolicy — tym razem w Sewilli.
Dołączyłem do nich z zamiarem zebrania pieniędzy na prom albo samolot na Wyspy Kanaryjskie. Spędziłem z nimi w Sewilli ponad trzy tygodnie. Po drodze poznaliśmy jeszcze kilka ciekawych postaci, a ja ostatecznie połączyłem siły z „Włóczykijem”. Reszta grupy miała już pieniądze na prom i przygotowywała się do dalszej podróży.

Włóczykij miał słabość do alkoholu, przez co oszczędzanie pieniędzy nie szło nam w zawrotnym tempie. Mieszkaliśmy wtedy w obozie rozbitym w jednym z miejskich parków razem z innymi podróżnikami z Polski i Włoch.
Ostatecznie udało nam się jednak zebrać wymaganą kwotę, więc kupiłem bilety lotnicze dla siebie i mojego kompana. W międzyczasie poznaliśmy jeszcze jednego Polaka, który postanowił odprowadzić nas na lotnisko.
Droga zajęła nam prawie cały dzień. Kiedy w końcu dotarliśmy na miejsce, Włóczykij poinformował mnie, że jednak nie leci. Postanowił kontynuować podróż z nowo poznanym kompanem i ruszyć z nim do Portugalii. W ten sposób nasze drogi się rozeszły.
Na Wyspy Kanaryjskie doleciałem naprawdę zmęczony i bez grosza przy duszy. Był listopad, ale temperatura przekraczała 30 stopni, co dodawało mi trochę optymizmu. Zdobyłem trzy pomarańcze i zacząłem żonglować nimi na ulicy z nadzieją zebrania pieniędzy na jedzenie.
Wiedziałem, że w tym czasie odbywają się regaty i wiele łodzi będzie niedługo płynęło w kierunku Karaibów. Jednocześnie coraz wyraźniej docierało do mnie, że nie jestem jeszcze gotowy na tak wielki krok.
Podjąłem trudną decyzję o powrocie do Polski. Byłem zmęczony życiem na ulicy i chciałem lepiej przygotować się do następnej podróży. Zadzwoniłem do rodziców z podkulonym ogonem, a oni pomogli mi finansowo wrócić z wysp do kontynentalnej Hiszpanii.
W drodze powrotnej spotkałem się z L. w Barcelonie i spędziłem tam swoje dziewiętnaste urodziny. Zahaczyłem jeszcze o Holandię i Danię, a chwilę przed świętami byłem już z powrotem w Polsce.

Cała podróż trwała około czterech miesięcy. W tym czasie przejechałem autostopem ponad 13 000 kilometrów.