Falklandy - Brazylia

Kacper przy sterze Selmy na otwartym oceanie.

Pod koniec mojej podróży z Alaski do Patagonii na horyzoncie pojawiła się szansa na spełnienie jednego z moich dawnych marzeń. Dowiedziałem się, że legendarny polski jacht Selma będzie wypływał z Ushuaia w marcu.

Kiedy dostałem tę informację, byłem jeszcze w Boliwii. Wiedziałem wtedy właściwie tylko jedno — w marcu muszę już kończyć podróż. W przeciwnym razie czekałaby mnie surowa patagońska zima, która z łatwością mogłaby pokrzyżować moje plany dotarcia rowerem do najbardziej wysuniętego na południe miasta świata.

Dostałem numer do kapitana i chwilę później wiedziałem już, że Selma będzie płynęła do Brazylii na renowację i że prawdopodobnie znajdzie się dla mnie miejsce na pokładzie. Od tego momentu plan był prosty — dotrzeć do Ushuaia przed wypłynięciem Selmy w marcu.

Kiedy byłem już coraz bliżej upragnionego celu, dostałem informację, że ekipa na pierwszą część rejsu jest już skompletowana, ale kilka miejsc zwolni się od Falklandów. Moją jedyną opcją był więc dość wymagający logistycznie plan — przekazać rower na jacht w Ushuaia, a samemu dwa tygodnie później dolecieć na wyspy i dołączyć tam do załogi.

Akurat w tamtym czasie, dosłownie w dniu przekazania roweru, mój organizm kompletnie odmówił mi posłuszeństwa. Jeszcze tego samego dnia skończyłem w szpitalu pod kroplówką, a kolejne dni wcale nie wyglądały lepiej. Mój wymarzony rejs nagle stanął pod dużym znakiem zapytania.

Ostatecznie, mimo że wciąż byłem w marnej formie, poczułem się na tyle dobrze, żeby podjąć tę misję.

Na Falklandy przyleciałem w Wielkanoc. Na miejscu przywitały mnie polska babka, malowane jajka i sześciu świeżo poznanych członków załogi, z którymi przez kolejne dwa tygodnie miałem dzielić dwudziestometrową łajbę.

Dwa dni później wypłynęliśmy na północ.

Kacper przy sterze Selmy na otwartym oceanie.
Na wachcie.

Mój rejs rozpoczął się od nieprzespanej nocy, prawie 40-stopniowej gorączki i zwolnienia z pierwszej wachty. Na szczęście była to jedyna wachta, którą opuściłem podczas całego rejsu. Pomimo problemów ze snem, które ciągnęły się już od ponad dwóch tygodni, mój organizm jakimś cudem wszedł w tryb przetrwania. Napędzany adrenaliną pociągnął jeszcze te kilkanaście dni aż do Brazylii, której słońce i ciepło w zaledwie kilka dni przywróciły mnie do życia.

Ster i kompas Selmy podczas nocnej wachty.
Nocna wachta.

Sam rejs zdecydowanie nie należał do łatwych. Południowy Atlantyk słynie z mocnych wiatrów i nieprzewidywalnej pogody. W najgorszych momentach wiatr dochodził do 42 węzłów i z jakiegoś mistycznego powodu takie warunki zawsze przypadały akurat na moje nocne wachty. Na szczęście sprawiały mi one całkiem sporo frajdy.

Widok ze steru na żagle i ocean.
Załoga przy sterze, widziana z wnętrza kajuty.
Południowy Atlantyk.

Szczególnie pierwsza część trasy dała nam w kość. Było cholernie zimno mniej więcej do wysokości ujścia La Platy, stanowiącej naturalną granicę między Argentyną a Urugwajem. Później sytuacja odwróciła się o 180 stopni. Zamiast zimna zaczął towarzyszyć nam skwar, szczególnie we wnętrzu dobrze ocieplonej Selmy, przystosowanej przecież przede wszystkim do wypraw w rejony polarne.

Załoga w drewnianej kajucie Selmy.
Wnętrze Selmy.

Kiedy zrobiło się cieplej, a ocean trochę się uspokoił, Bartek odpalił swój sprzęt wędkarski i wyciągnął z wody dorodną doradę. Świeża ryba nasyciła nasze brzuchy i dodała całej załodze trochę nowej energii. Spokojniejsza pogoda nie oznaczała jednak końca mocnych warunków — po drodze jeszcze nieraz solidnie nami rzucało.

Bartek z doradą złowioną podczas rejsu.
Dorada.

Po pierwszym tygodniu skipper dał nam w końcu zielone światło na prysznic. Towarzyszyło temu grupowe sprzątanie całej łajby i po kilku godzinach zarówno my, jak i Selma, byliśmy gotowi na drugą połowę przeprawy.

Załoga Selmy na pokładzie.
Zachód słońca z pokładu Selmy.
Druga połowa przeprawy.

Trzynastego dnia w końcu zobaczyliśmy wybrzeże Brazylii, a jeszcze przed północą wpłynęliśmy do mariny w Itajaí.

Wybrzeże o zachodzie słońca, widziane z morza.
Nawigacja przy podejściu do mariny w Itajaí.
Itajaí.

Było to niezwykłe doświadczenie i spełnienie jednego z moich dawnych marzeń. Przepłynęliśmy około 2700 mil morskich z Falklandów do Brazylii, przez kawał naprawdę wymagającego oceanu.

Podczas rejsu zrozumiałem jednak, że żeglarstwo to nie do końca moja bajka. Na razie zostanę przy rowerze i kajaku.