Przesmyk Darién

Kajak w spokojnej wodzie przy Puerto Lindo.

Przeprawa kajakiem przez Darién Gap nie była czymś, co planowałem od początku podróży. Tak naprawdę, kiedy ruszałem z Alaski, chyba nawet nie byłem świadomy, że istnieje miejsce, którego nie będę w stanie przejechać rowerem.

Pomysł na kajak narodził się trochę z buntu przeciwko używaniu podczas tej podróży zmotoryzowanych środków transportu. Skoro przez tyle tysięcy kilometrów poruszałem się wyłącznie siłą własnych mięśni, nie chciałem nagle wrzucać roweru do samolotu czy łodzi tylko dlatego, że skończyła się droga.

Niedługo po tym, jak dowiedziałem się o Darién Gap, natrafiłem na historię Iohana Gueorguieva , prawdziwej legendy bikepackingu i slow travel, który kilka lat wcześniej pokonał ten odcinek packraftem. Pomyślałem wtedy, że skoro ktoś już pokazał, że da się zrobić to w ten sposób, może ja też powinienem spróbować.

Problem był jeden , nie miałem praktycznie żadnego doświadczenia w kajakowaniu po morzu.

Dlatego od początku chciałem znaleźć kompana na tę część podróży. Okazało się to znacznie trudniejsze, niż mogłoby się wydawać. Ciężko znaleźć osobę, która jednocześnie ma kilka tygodni wolnego, pieniądze, możliwość dotarcia do Panamy i wystarczająco dużo odwagi albo szaleństwa, żeby wsiąść do dmuchanego kajaka i popłynąć w stronę Kolumbii.

Na szczęście w południowym Meksyku, podczas jazdy trasą „Trans Mex Sur”, poznałem Zacha. Jako jedyny nie tylko wykazywał szczere zainteresowanie tym pomysłem, ale okazało się, że sam już wcześniej o nim myślał.

Pierwszy raz rozmawialiśmy o wspólnej przeprawie około ośmiu miesięcy przed jej faktycznym rozpoczęciem.

W końcu nadszedł ten moment.

Pod koniec stycznia, po wielu miesiącach rozmów, planowania i przesyłania sobie kolejnych pomysłów, spotkaliśmy się ponownie w Panama City.

Wciąż pozostawały jednak dwa dosyć istotne pytania: czym właściwie popłyniemy i skąd zaczniemy.

Ostatecznie postawiliśmy na stosunkowo tanie, dmuchane kajaki z Decathlonu. Nasz pierwszy plan zakładał rozpoczęcie przeprawy na rzece Chagres, w miejscu oddalonym zaledwie około 40 kilometrów od stolicy Panamy.

Tak też zrobiliśmy.

Rzeka Chagres. , fotografia 1.
Rzeka Chagres. , fotografia 2.
Rzeka Chagres.

Chwilę później byliśmy już w Gamboa, gdzie rzeka łączy się z Kanałem Panamskim. Nie mieliśmy pewności, czy legalnie możemy nim przepłynąć, ale odpowiedź na to pytanie przyszła bardzo szybko. Po około dziesięciu minutach na wodzie pojawiła się policja i wyrzuciła nas z kanału.

Jak się później okazało, był to dopiero początek problemów.

Łącznie podjęliśmy cztery różne próby rozpoczęcia tej podróży z trzech różnych miejsc. Za każdym razem coś nie grało , przepisy, warunki, dostęp do wody albo sam przebieg trasy. O tym opowiem więcej w filmach na YouTubie, bo sama historia naszych prób spokojnie zasługuje na osobny materiał.

Gamboa. , fotografia 3.
Gamboa. , fotografia 5.
Gamboa.
Kanał Panamski. , fotografia 4.
Kanał Panamski.

Ostatecznie, po serii prób i błędów, dostaliśmy się do Puerto Lindo. Wody Morza Karaibskiego są tam dobrze osłonięte przez rozległe rafy koralowe, które znacznie zmniejszają wielkość fal przy wybrzeżu.

To właśnie tam oficjalnie rozpoczęliśmy prawdopodobnie najdzikszą przygodę podczas całej mojej trzyletniej podróży.

Puerto Lindo. , fotografia 6.
Puerto Lindo. , fotografia 7.
Puerto Lindo. , fotografia 8.
Puerto Lindo.
Rafy i namorzyny. , fotografia 9.
Rafy i namorzyny. , fotografia 10.
Rafy i namorzyny.

Początkowo przepływaliśmy obok wielu panamskich wiosek i luksusowych „paradise resorts”. Wciąż znajdowaliśmy się stosunkowo blisko cywilizacji, a do większości tych miejsc prowadziły drogi łączące je z resztą kraju.

Jednym z miejsc, które szczególnie zapamiętałem z tego etapu, była Playa Paraiso.

Znajdował się tam luksusowy hotel położony w przepięknym miejscu nad plażą pełną życia. W okolicy można było zobaczyć żółwie morskie, kolorowe papugi, małpy, krokodyle i całą masę innych zwierząt.

Pieczę nad ośrodkiem sprawował Domingo.

Kiedy dopłynęliśmy, okazało się, że hotel jest kompletnie pusty. Nie było żadnych klientów, więc Domingo przyjął nas z otwartymi ramionami. Oprowadził nas po całym terenie, pokazał dobre miejsce na rozwieszenie hamaków, a wieczorem podarował nam worek świeżych langostinos i nauczył nas, jak je przyrządzić.

Playa Paraiso. , fotografia 11.
Playa Paraiso. , fotografia 12.
Playa Paraiso.
Langostinos. , fotografia 13.
Langostinos. , fotografia 14.
Langostinos.
Nocne małpy. , fotografia 15.
Nocne małpy.

Krótko mówiąc , wymarzony wieczór.

Od tego momentu zaczęliśmy robić już konkretny progres w stronę Kolumbii.

Mieliśmy przed sobą dobre okno pogodowe i około 100 kilometrów do pokonania w cztery dni. Chcieliśmy jak najszybciej dostać się do wymarzonego „San Blas” , przynajmniej wtedy jeszcze tak nazywaliśmy archipelag ponad 300 rajskich wysp rozciągających się wzdłuż karaibskiego wybrzeża Panamy.

Palenque i dalsza droga na wschód. , fotografia 16.
Palenque i dalsza droga na wschód. , fotografia 17.
Palenque i dalsza droga na wschód. , fotografia 18.
Palenque i dalsza droga na wschód.

Plan szedł zaskakująco dobrze.

Po trzech dniach byliśmy już zaledwie około 20 kilometrów od pierwszych wysp.

Tego wieczoru, szukając miejsca na nocleg, spotkaliśmy na wybrzeżu kilku mężczyzn. Okazało się, że są przedstawicielami społeczności Guna , ludzi zamieszkujących te tereny na długo przed powstaniem współczesnej Panamy.

Przyjęli nas bardzo gościnnie.

Pokazali nam prowizoryczny domek stojący na wzgórzu, gdzie mogliśmy rozwiesić hamaki. Bez niego prawdopodobnie zostalibyśmy tej nocy żywcem zjedzeni przez komary.

Przed Guna Yala. , fotografia 19.
Przed Guna Yala. , fotografia 20.
Przed Guna Yala.

Okazało się, że znajdujemy się na należącej do ich społeczności plantacji owoców i warzyw.

Na co dzień mieszkali na wyspie Wichu-Wala, ale funkcjonował tam system, w którym co tydzień grupa czterech lub pięciu mężczyzn przypływała na stały ląd i przez kilka dni zajmowała się farmą, żyjąc tutaj w bardzo prostych, polowych warunkach. Zebrane jedzenie trafiało później do mieszkańców wyspy.

Kiedy zapadł zmrok, zaprosili nas na kolację przygotowaną ze złowionych wcześniej sardynek i ryżu.

Plantacja Wichu Wala. , fotografia 21.
Plantacja Wichu Wala. , fotografia 22.
Plantacja Wichu Wala.

To właśnie wtedy po raz pierwszy mieliśmy okazję lepiej poznać historię Guna Yala.

Narcisio opowiadał nam o walce jego przodków z władzami Panamy, o rewolucji Guna i o tym, jak bronili swojej kultury, ziemi i autonomii.

Wytłumaczył nam również, że nie przepadają za określeniem „San Blas”. Dla nich te ziemie to Guna Yala.

Guna to nazwa ich ludu, a Yala oznacza ziemię.

Dowiedzieliśmy się również, że trafiliśmy tam praktycznie idealnie , właśnie w tym okresie przypadała 99. rocznica rewolucji Guna. Nasi gospodarze powiedzieli nam, że jeżeli naprawdę chcemy zobaczyć ich kulturę, trudno było wybrać lepszy moment.

Od tamtej rozmowy przestałem więc używać określenia San Blas. Z szacunku do ludzi, którzy faktycznie zamieszkują te ziemie, dla mnie również stały się one Guna Yala.

Następnego ranka zjedliśmy z Narcisio i jego towarzyszami śniadanie składające się z ogromnych langust i ślimaków morskich, po czym ruszyliśmy w stronę pierwszych wysp.

Warunki tego dnia były niemal idealne.

Morze było tak spokojne, a woda tak przejrzysta, że siedząc w kajaku, mogliśmy oglądać rafę koralową znajdującą się pięć czy siedem metrów pod nami.

W pewnym momencie stwierdziliśmy więc, że szkoda spędzać cały dzień w kajaku.

Przywiązaliśmy się do naszych łodzi linami, założyliśmy maski do snorkelingu i kilka kilometrów trasy pokonaliśmy po prostu płynąc obok kajaków przez krystalicznie czystą wodę.

Pierwsze wyspy Guna Yala. , fotografia 23.
Pierwsze wyspy Guna Yala. , fotografia 24.
Pierwsze wyspy Guna Yala.

Parę godzin później dopłynęliśmy do Wichu-Wala.

Była to niezwykle mała wyspa, praktycznie po brzegi wypełniona prostymi domami. Większość z nich zbudowana była z naturalnych materiałów, a pomiędzy nimi stało zaledwie kilka betonowych budynków. W jednym znajdował się niewielki bar i sklep.

Kiedy mieszkańcy dowiedzieli się, że znamy Narcisio, sytuacja od razu stała się prostsza.

Okazało się, że należał do starszyzny i był jednym z liderów społeczności. Ludzie przyjęli nas bardzo ciepło i szybko znaleziono nam miejsce u Tico, który pozwolił nam rozwiesić hamaki przed swoim domem.

Wichu Wala. , fotografia 25.
Wichu Wala. , fotografia 26.
Wichu Wala.

Wiedzieliśmy, że nadchodzą gorsze warunki na morzu, dlatego zostaliśmy tam przez dwa dni.

Kiedy pogoda trochę się poprawiła, ruszyliśmy dalej.

Tym razem przeprawa prowadziła przez bardziej otwarte morze i fale były już zdecydowanie większe. Po kilku godzinach dotarliśmy do jednej z bardziej turystycznych wysp , małego kawałka raju z restauracją, piękną plażą i palmami kokosowymi.

Chcieliśmy zostać tam na noc.

Szybko jednak dowiedzieliśmy się, że za samo rozbicie namiotu musielibyśmy zapłacić po 50 dolarów od osoby.

Podziękowaliśmy.

Wsiedliśmy z powrotem do kajaków i popłynęliśmy na sąsiednią, kompletnie opuszczoną wyspę, gdzie dokładnie ten sam widok dostaliśmy za darmo.

Wyspy po drodze. , fotografia 32.
Wyspy po drodze. , fotografia 33.
Wyspy po drodze.

Następnego dnia dotarliśmy do kolejnej wyspy, podzielonej pomiędzy dwie społeczności Guna , Mammardub i Umandi. Granica przebiegała mniej więcej przez jej środek.

Była to jedna z wysp, na których musieliśmy zapłacić turystyczny podatek za możliwość przebywania na jej terenie.

Jak się szybko okazało, podatek obejmował jednak tylko połowę wyspy.

Jeżeli chcieliśmy przejść na drugą stronę, trzeba było zapłacić kolejny.

Do swojego domu przyjął nas Marco i początkowo wszystko wyglądało świetnie. Dopiero pod koniec naszego pobytu poinformował nas, że za nocleg również musimy zapłacić.

Wypływaliśmy więc z wyspy w trochę mieszanych nastrojach.

Narganá. , fotografia 27.
Narganá. , fotografia 28.
Narganá.

Kolejnego dnia, przy mocnym wietrze i niezbyt przyjemnych warunkach, dopłynęliśmy do malutkiej, kompletnie rajskiej wyspy niezamieszkanej przez nikogo na stałe.

Jedynym śladem obecności człowieka był prosty szałas zbudowany z wysuszonych liści palmowych.

Dla nas był idealny.

Rozwiesiliśmy pod nim hamaki i spędziliśmy noc prawdopodobnie na najpiękniejszej wyspie podczas całej tej przeprawy.

Noc na bezludnej wyspie. , fotografia 30.
Noc na bezludnej wyspie. , fotografia 31.
Noc na bezludnej wyspie. , fotografia 29.
Noc na bezludnej wyspie.

Następnego ranka znowu ruszyliśmy dalej.

Płynęliśmy przez niesamowicie czyste wody, mijając kolejne kompletnie dzikie wyspy. Pod nami cały czas coś się działo. Tego dnia widzieliśmy kilka małych rekinów, ogromne rozgwiazdy, a nawet mantę.

Wieczorem dopłynęliśmy do Narganá, a właściwie dwóch wysp połączonych ze sobą mostem.

One również należały do dwóch różnych społeczności, ale tym razem obyło się już bez dziwnych granic i kolejnych opłat.

Samo Narganá mocno różniło się od miejsc, które odwiedzaliśmy wcześniej. Nie była to już typowa mała społeczność Guna. Na wyspie mieszały się wpływy Guna, Afrolatynosów i pozostałych mieszkańców Panamy.

Trafiliśmy tam akurat podczas karnawału i wieczorem mieliśmy nawet okazję uczestniczyć w niewielkiej lokalnej paradzie.

Między rafami. , fotografia 34.
Między rafami. , fotografia 36.
Między rafami. , fotografia 37.
Między rafami.

Następnego dnia ponownie spakowaliśmy kajaki.

Naszym kolejnym celem była Isla Diabla, nazywana w lokalnym języku Ticantiki.

Morze tego dnia było bardzo niespokojne i po raz pierwszy musieliśmy wypłynąć naprawdę daleko od brzegu, żeby ominąć łamiące się fale. Było na tyle chaotycznie, że w pewnym momencie kompletnie straciliśmy się z Zachem z pola widzenia. Na szczęście kilka godzin później spotkaliśmy się już na samej wyspie.

Ticantiki miała niezwykły klimat. Ludzie byli bardzo życzliwi i od razu było widać, że osoby z zewnątrz pojawiają się tam bardzo rzadko, o ile w ogóle. Zamieszkana część wyspy była połączona mostem z pobliską dziką wyspą , czegoś takiego nie widzieliśmy nigdzie wcześniej.

Spędziliśmy tam kilka dni, przeczekując złe warunki na morzu, i do tego momentu była to zdecydowanie nasza ulubiona wyspa. Mieliśmy nawet swojego rybaka, od którego codziennie kupowaliśmy za niewielkie pieniądze świeże langusty, ośmiornice i kraby. Naszym lokalnym aniołem stróżem został natomiast Tarsi, który przez cały pobyt bardzo nam pomagał.

Ticantiqui. , fotografia 38.
Ticantiqui. , fotografia 39.
Ticantiqui.
Życie na wyspie. , fotografia 41.
Życie na wyspie. , fotografia 42.
Życie na wyspie.
Rybak z Ticantiqui. , fotografia 44.
Rybak z Ticantiqui. , fotografia 43.
Rybak z Ticantiqui. , fotografia 40.
Rybak z Ticantiqui.
Kolacja w Ticantiqui. , fotografia 35.
Kolacja w Ticantiqui.

Kiedy pogoda w końcu się poprawiła, postawiliśmy sobie ambitny cel , przepłynąć ponad 35 kilometrów i jeszcze tego samego dnia dostać się do Playón Chico. Byłby to nasz najdłuższy dzienny dystans do tej pory.

Kilka godzin po wypłynięciu zaczęło mi się jednak robić niedobrze i musieliśmy zatrzymać się w pierwszej wiosce po drodze.

Kiedy tylko dopłynęliśmy do brzegu, ze wszystkich stron zaczęły zbiegać się zaciekawione dzieci, a chwilę później pojawili się również starsi mieszkańcy. Jeden z mężczyzn powiedział nam, że dopiero drugi raz w życiu widzi białych ludzi. Istniała więc całkiem spora szansa, że dla większości dzieci byliśmy pierwszymi.

Wioska nazywała się Airigandi i była naprawdę urokliwa. Mieszkańcy oprowadzili nas po okolicy. Rosło tam sporo kakaowców i okazało się, że sami produkują z nich nawet własną czekoladę.

Airigandi i Playón Chico. , fotografia 45.
Airigandi i Playón Chico. , fotografia 47.
Airigandi i Playón Chico. , fotografia 48.
Airigandi i Playón Chico.

Po około godzinnej przerwie poczułem się trochę lepiej, a ponieważ warunki na morzu nadal były dobre, zdecydowaliśmy, że spróbujemy jednak zrealizować nasz plan.

Chwilę przed zachodem słońca dopłynęliśmy do Playón Chico.

Na wyspie trwały huczne celebracje, ale my zdecydowanie nie byliśmy już w imprezowym nastroju. Ja byłem kompletnie wykończony i delikatnie zirytowany intensywnym hałasem, który skutecznie utrudniał mi zaśnięcie.

Następnego ranka spotkaliśmy jednak człowieka, którego historię zdecydowanie warto było usłyszeć.

Mężczyzna odbył niezwykłą podróż swoim cayuco , prostą, tradycyjną drewnianą łodzią używaną przez Guna. Przepłynął na wszystkie około 360 wysp Guna Yala, spędzając na każdej z nich jeden dzień.

Prosta matematyka , praktycznie rok podróży.

Zrobiło to na nas spore wrażenie, więc oczywiście zapytaliśmy, która z tych wszystkich wysp była jego ulubiona.

Bez większego zastanowienia odpowiedział:

Ailigandi.

Czyli dokładnie nasz kolejny cel.

Po tej rozmowie kupiliśmy kilka świeżo smażonych hojaldres i ruszyliśmy dalej.

Po drodze zrobiliśmy już niemal standardową przerwę na jednej z przepięknych, dzikich wysp. Wypiliśmy kilka kokosów, zjedliśmy na surowo rybę podarowaną nam przez lokalnych rybaków i wieczorem dotarliśmy do Ailigandi.

Droga do Ailigandi. , fotografia 46.
Droga do Ailigandi. , fotografia 49.
Droga do Ailigandi.
Ailigandi. , fotografia 50.
Ailigandi. , fotografia 51.
Ailigandi.

Od samego początku zostaliśmy tam przyjęci z niezwykłą gościnnością.

Wyspa zachowała klasyczny charakter Guna, ale jednocześnie miała zdecydowanie lepszą infrastrukturę niż większość miejsc, które odwiedziliśmy wcześniej. Znajdowała się tam nawet restauracja, co na tych wyspach było niemal niespotykane, a także duży budynek urzędu i szkoły z pokaźnym krytym boiskiem.

Właśnie tam odbywały się próby lokalnych tańców i gry na tradycyjnych fletach przed zbliżającym się Dniem Rewolucji.

Właściciel restauracji, w której przedsionku mieliśmy spać, zabrał nas do budynku lokalnych władz, żeby oficjalnie zapytać, czy możemy zostać.

Po kilku dość niezręcznych minutach, podczas których około dwudziestu czy trzydziestu mężczyzn po prostu siedziało i patrzyło na nas, dostaliśmy zgodę.

Był jednak jeden warunek.

Koniecznie musimy zostać na Dzień Rewolucji, który przypadał dwa dni później.

Mieliśmy wprawdzie inne plany i bardzo dobre okno pogodowe na dalszą drogę, ale kiedy dowiedzieliśmy się, że to właśnie Ailigandi jest uznawane przez mieszkańców za jedno z najważniejszych miejsc związanych z początkiem rewolucji Guna, decyzja była właściwie podjęta.

Zostajemy.

Tym bardziej że atmosfera na wyspie była genialna.

Celebracje zaczęły się już dzień wcześniej. Odbywały się liczne wydarzenia, gry i zawody sportowe. Udało mi się nawet wygrać wyścig składający się z dziesięciu okrążeń dookoła wyspy.

Następnego dnia około czwartej rano rozpoczęły się pierwsze śpiewy.

Nadeszła 99. rocznica rewolucji Guna.

Kiedy około siódmej rano wyszliśmy z hamaków, praktycznie cała wyspa była już zgromadzona w centrum. Większość mieszkańców ubrana była na czerwono, a wszędzie wisiały czerwone flagi z charakterystycznym symbolem przypominającym swastykę, który w kulturze Guna ma własne, historyczne znaczenie i związany jest między innymi z ich walką o autonomię.

Wszystko rozpoczęło się od hymnu, a następnie mieszkańcy odegrali inscenizację wydarzeń związanych z rewolucją.

Po symbolicznym zatopieniu panamskiego statku nadszedł czas na właściwą celebrację.

W śpiewnym nastroju przeszliśmy ulicami całej wyspy, aż w końcu dotarliśmy do portu. Tam niektórzy mężczyźni zaczęli wyciągać pochowane wcześniej butelki rumu i namawiać nas do wznoszenia kolejnych toastów.

Nie wypadało odmówić.

Chwilę później zaproszono nas do Casa de Congreso , miejsca, do którego jako osoby z zewnątrz normalnie prawdopodobnie nigdy nie mielibyśmy wstępu.

To właśnie tam dowiedzieliśmy się, że będziemy pić tradycyjny alkohol przygotowywany przez społeczność Guna, zwany chicha fuerte. Napój powstaje między innymi z kukurydzy i trzciny cukrowej, a jego przygotowanie oraz fermentacja są częścią lokalnej tradycji.

Samo picie również miało swój rytuał.

Mężczyźni ustawiali się w dwóch grupach. Jedna osoba odbierała miskę z napojem od rozlewającego, po czym charakterystycznym chodo-biegiem przekazywała ją osobie stojącej po drugiej stronie. Później trzeba było jeszcze zrobić z nią rundę, starając się nie rozlać zawartości, i dopiero wtedy można było się napić.

Powiedziano nam, że po raz pierwszy podczas tej ceremonii uczestniczą z nimi ludzie z zewnątrz.

Zrobiliśmy więc absolutną furorę.

Niestety oznaczało to również, że praktycznie żadna kolejka picia nas nie omijała.

Kiedy zawartość głównych naczyń się skończyła, pojawiło się jeszcze kilku mężczyzn z własną chichą przyniesioną w plastikowych baniakach.

Około szesnastej spora część ekipy była już w średnim stanie i powoli rozchodziła się do domów albo po prostu kładła się w pierwszym dogodnym miejscu w cieniu.

My natomiast zostaliśmy zaproszeni przez niejakiego Sueño do jego domu.

Ten postawił na stole butelkę rumu Abuelo.

Dalszej części dnia nie pamiętam już ze szczególną dokładnością.

Obudziliśmy się o zachodzie słońca w swoich hamakach.

Jak do nich wróciliśmy , nie mieliśmy pojęcia.

Następnego ranka mieliśmy bardzo korzystny wiatr, który mógł znacząco pomóc nam w dalszej drodze. Pomimo niezbyt imponującej formy po poprzednim dniu zdecydowaliśmy się więc wypłynąć.

Jeszcze tego samego wieczoru dotarliśmy do Ustupu, największej z zamieszkanych wysp Guna.

Co ciekawe, mieszkańcy Ustupu przedstawili nam zupełnie inną wersję historii rozpoczęcia rewolucji. Według nich wszystko zaczęło się właśnie tam, za sprawą trzech mężczyzn pochodzących z Ustupu.

Byliśmy lekko skonfundowani.

Ja po fantastycznych przeżyciach w Ailigandi nie miałem już jednak zamiaru zmieniać swojej wersji historii.

Z Ustupu, robiąc po drodze kilka przerw, dotarliśmy na Isla Pino , jedną z nielicznych wysp w regionie, która nie była kompletnie płaska. Na jej środku wznosiło się około sześćdziesięciometrowe wzgórze.

Znaleźliśmy dogodną plażę na rozwieszenie hamaków, ale komary skutecznie wysysały z nas resztki energii.

W pewnym momencie zobaczyliśmy niewielką chatkę na wodzie, do której prowadził drewniany pomost, oraz dwóch mężczyzn szykujących się właśnie do odpłynięcia.

Zapytaliśmy, czy moglibyśmy przespać się w środku, licząc przede wszystkim na jakiekolwiek schronienie przed komarami.

Za pięć dolarów zostawili nam otwartą chatkę, a na pożegnanie dorzucili jeszcze garnek ryżu.

Interes życia.

Kolejnego dnia ruszyliśmy w kierunku Coreto , jednej z nielicznych wiosek położonych już na kontynentalnym wybrzeżu.

Powoli opuszczaliśmy dobrze osłonięte przez rafy wody Guna Yala, a morze stawało się coraz bardziej chaotyczne. Po drodze mieliśmy kilka sytuacji, które nie należały do najprzyjemniejszych, ale ostatecznie bezpiecznie dotarliśmy do wioski.

Na miejscu zobaczyliśmy coś zupełnie innego niż przez ostatnie tygodnie.

Setki namiotów.

Był to nasz pierwszy i jedyny kontakt z migrantami przemierzającymi Darién Gap drogą lądową.

Grupa, którą spotkaliśmy, składała się głównie z ludzi pochodzących z Chin. Z rozmów na miejscu dowiedzieliśmy się, że część z nich zapłaciła ogromne pieniądze pośrednikom organizującym dalszą nielegalną podróż w kierunku Stanów Zjednoczonych.

Kiedy następnego ranka wstaliśmy, po całym obozie praktycznie nie było już śladu.

Na brzegu znajdowała się natomiast rozbita łódź.

Usłyszeliśmy, że zaledwie kilka dni wcześniej podczas złych warunków na morzu zginęło na niej sześciu migrantów.

To był jeden z tych momentów, który bardzo szybko przypominał nam, jak poważne potrafi być morze, po którym od tygodni płynęliśmy na naszych małych, dmuchanych kajakach.

Ruszyliśmy dalej w stronę ostatniej miejscowości przed granicą z Kolumbią.

Żeby skrócić trasę, ponownie musieliśmy wypłynąć daleko od brzegu. Warunki były ciężkie i w pewnym momencie z Zachem znowu straciliśmy się z pola widzenia.

Spotkaliśmy się dopiero na miejscu.

Obaj byliśmy kompletnie wykończeni i dodatkowo trochę zaskoczeni tym, co zobaczyliśmy.

Jakbyśmy nagle wrócili do Panamy.

Przywitali nas wojskowi z panamskimi flagami na mundurach, którzy szybko zweryfikowali naszą tożsamość. Chwilę później zobaczyliśmy pierwszy od mniej więcej miesiąca samochód.

Po tygodniach spędzonych na wyspach samo zobaczenie pojazdu wydawało się czymś dziwnie nienaturalnym.

Rozwiesiliśmy hamaki na plaży w pobliżu portu i poszliśmy spać.

Następnego ranka udaliśmy się po pieczątki oficjalnie upoważniające nas do opuszczenia Panamy.

Potem zostało już tylko jedno.

Ostatnie dziesięć kilometrów.

Wciągnęliśmy kajaki do wody.

Warunki były koszmarne. Fale ogromne, morze kompletnie rozbite, ale po wszystkim, co wydarzyło się przez ostatnie tygodnie, nie było już opcji, żebyśmy mieli się wycofać dziesięć kilometrów przed końcem.

Po kilku godzinach walki przekroczyliśmy granicę.

Byliśmy w Kolumbii.

A właściwie po raz pierwszy podczas tej podróży byliśmy już w Ameryce Południowej.

Cała przeprawa zajęła nam około 40 dni.

Kajakami pokonaliśmy około 420 kilometrów.

Misja zakończona.